Pożar w Burdelu – snobistyczno-inteligencki fenomen Warszawy

Grudzień 31 | Sztuka, TEMAT DNIA

O kulturze, sztuce i architekturze z twórcami Pożaru w Burdelu, snobistyczno-inteligenckiego fenomenu, który nie jest ani kabaretem, ani teatrem, rozmawiają Marcin Dzierżanowski i Artur Maciorowski.

zdjęcia: Katarzyna Chmura-Cegiełkowska
***
Zanim stworzyli BurdelTrupę, zyskali uznanie w swoich środowiskach. Michał Walczak, reżyser i scenarzysta Pożaru, to jeden z najwybitniejszych dramatopisarzy i reżyserów młodego pokolenia. Maciej Łubieński, scenarzysta, wcześniej pracował jako dziennikarz, historyk i varsavianista. Ich drogi przecięły się w nieistniejącym już klubie komediowym przy Chłodnej 25. Tam też w klubowej piwnicy startowali z pierwszymi odcinkami Pożaru w Burdelu.
Szybko stały się one jednym z największych fenomenów kulturalnych stolicy ostatnich lat. Dziś spektakle Pożaru… to bodaj najmodniejsze imprezy kulturalne w Warszawie, na których wypada bywać. Nie gardzą nimi najważniejsi krytycy teatralni, którzy porównują dokonania BurdelTrupy do najlepszych polskich tradycji kabaretu literackiego, m.in. legendarnego Zielonego Balonika.
W październiku na warszawskiej Pradze twórcy Pożaru… otworzyli kluboteatr Dzika strona Wisły. Ma on być stałym miejscem scenicznych eksperymentów „burdelowych” artystów.

***

Point of Design: Kiedy startowaliście z Pożarem w Burdelu, miał to być niezależny, niszowy projekt artystyczny. Wyszło raczej komercyjnie i strasznie modnie.

Maciej „Max” Łubieński: Niestety, odnieśliśmy sukces, więc niszowość nam się nie udała. Bardzo nam przykro.

Michał Walczak: Z bólem serca ten sukces akceptujemy.

Point of Design: Także w sensie komercyjnym, prawda? W końcu trochę na Pożarze zarobiliście.

Maciej „Max” Łubieński: TROCHĘ.

Michał Walczak: Nie ukrywamy, że na swojej pracy musimy i chcemy zarabiać.

Point of Design: Nie ukrywacie, to prawda. Na początku każdego odcinka BurdelTata wita gości wierszykiem: „Rączki całuję, kto nie zapłacił przy wejściu, jest ch..em”.

Michał Walczak: Przed Pożarem… doświadczaliśmy różnych sytuacji. Nie żeby nam brakowało na życie, ale musieliśmy pracować od projektu do projektu, oglądając się na kolejnych dyrektorów teatrów, i dostosowywać do cudzych strategii. Na dłuższą metę to męczące.

Point of Design: Przecież odnosiliście duże sukcesy. Michał dostawał nagrodę za nagrodą, jego sztuki wystawiano w Teatrze Narodowym i Teatrze Telewizji.

Michał Walczak: Problem w tym, że w naszej rzeczywistości tego typu sukcesy wcale nie dają mocnej pozycji. Piszesz sztuki, za które dostajesz nagrody, ale i tak czekasz na decyzję dyrektora. A im bardziej oryginalną rzecz stworzysz, tym większy opór decydenta wywołujesz. Za każdym razem czułem się jak debiutant, który musi na nowo udowadniać, że jest dobry. W polskim teatrze jedyną ścieżką awansu jest objęcie posady dyrektora, tyle że to oznacza śmierć artystyczną. Gabinecik, sekretarka, procedury. Zdecydowanie nie dla mnie.

Maciej „Max” Łubieński: Mówiąc wprost, nie chcieliśmy ciągle chałturzyć.

Michał Walczak: Mnie fascynowała też możliwość działania w warunkach pełnej wolności. Bez zaplecza administracyjnego, zależności, bez dyrektorów, nawet bez siedziby.

Point of Design: Udało się, prawda?

Michał Walczak: Wtedy nie wiedzieliśmy, że tak będzie. W tyle głowy mieliśmy świadomość, że mocno ryzykujemy. Przecież po jednym czy dwóch występach mogło się okazać, że nasz pomysł nie chwyta. A przecież musieliśmy zrezygnować z iluś tam zleceń, odłożyć jakieś projekty. Na szczęście szybko poczuliśmy dreszczyk emocji, dzięki któremu rzuciliśmy się w to, co robimy, w stu procentach.

Point of Design: W sumie więc nie narzekacie. Jednak podczas waszych występów słychać narzekania, że aktorzy nie mają etatów, a kultura jest niedofinansowana. To chyba nie na serio?

Maciej „Max” Łubieński: Trochę na serio, a trochę nie. Przyznam, że nie wiem, jak powinna być finansowana kultura. Jest model francuski, w którym PAŃSTWO DAJE PIENIĄDZE. Ale jest też amerykański – gdzie wszystko weryfikuje rynek.

Point of Design: Wy się rynku nie boicie.

Maciej „Max” Łubieński: No cóż, choć na scenie czasem lewicujemy, w sumie jesteśmy agresywnym, kapitalistycznym organizmem. Tej rynkowej odwagi nauczyłem się od Michała.

Point of Design: Który studiował na SGH.

Michał Walczak: Całe trzy lata…

Maciej „Max” Łubieński: Generalnie STARAMY SIĘ NIE JĘCZEĆ, że nie mamy pieniędzy.

Point of Design: A jęki innych artystów?

Maciej „Max” Łubieński: Trochę rozumiemy, a trochę się z tego śmiejemy.

Michał Walczak: Przy okazji tego śmiechu weryfikujemy różne mity na temat artystów, które oni sami lubią na swój temat tworzyć.

Maciej „Max” Łubieński: Na przykład że zarabianie to kurwienie się, a uprawianie prawdziwej sztuki oznacza nieuchronną mękę.

Michał Walczak: Z tych wszystkich stereotypów lubimy się pośmiać, ale przecież nie jest to śmiech wrogi artystom. Nie krytykujemy tych, którzy od funkcjonowania na zasadzie naszego burdelu wolą etat w teatrze. Zresztą, współpracujemy z wieloma instytucjami, a Andrzej Seweryn, dyrektor szacownego Teatru Polskiego, nawet u nas zagrał.

Point of Design: Sami stajecie się instytucją. Rozmawiamy w nowo otwartej siedzibie na warszawskiej Pradze.

Michał Walczak: A na górze mamy nawet biuro. To prawda, siłą rzeczy stajemy się instytucją, ale staramy się, żeby nie zabiło to naszej kreatywności. W końcu każdy burdel jest w pewnym sensie instytucją.

Point of Design: Nie boicie się, że wpadniecie w rutynę?

Michał Walczak: Takie zagrożenie zawsze istnieje, między innymi dlatego otwieramy kluboteatr Dzika strona Wisły. Pożar w Burdelu to sprawdzony format, możemy rozwijać poszczególne wątki, postaci, ale jest ryzyko, że kiedyś się wypalimy. Potrzebujemy nowych wyzwań. Swoją drogą, ja mam apetyt, by bardziej pogłębić burdelowe role. Świat dookoła zaczyna trochę wariować, dlatego trzeba go coraz uważniej analizować i opowiadać. Wraca potrzeba dobrze opowiedzianej historii. Moim marzeniem jest wystawianie i tworzenie w naszym klubie klasycznych sztuk teatralnych. Być może uda się w ten sposób pogłębić pewne wątki z Pożaru…

Point of Design: „Burdel” refleksyjny? Bardziej uporządkowany?

Michał Walczak: Skoro na zewnątrz robi się coraz większy burdel, my powinniśmy iść pod prąd i trochę się uporządkować. Kiedy ruszaliśmy, panowała moda na rozrywkę aksamitną, sterylną, modny był Teatr 6. Piętro. Chcieliśmy być przeciwwagą dla tych trendów, stąd trochę „brudna” forma naszych występów, czasem niedoreżyserowana, mocno improwizowana.

Point of Design: No i z całą masą wulgaryzmów.

Maciej „Max” Łubieński: Wszyscy wiemy, że rzucenie ze sceny „k..wą” to najprostszy sposób na rozśmieszenie widowni. Ale my tych wulgaryzmów raczej nie planujemy. Czasem wynikają one z autentycznego chaosu, który się rozgrywa na scenie, zwłaszcza na premierach. Później zwykle idzie nam już lepiej.

Point of Design: Zaczynaliście w legendarnej już warszawskiej klubokawiarni Chłodna. Dzika strona Wisły to ma być Chłodna bis?

Michał Walczak: Nawiązujemy do tradycji klubowej i Chłodnej 25, ale przetwarzamy ją po swojemu. Chcielibyśmy, żeby nasz kluboteatr stał się laboratorium, w którym będziemy eksperymentować, hodować nowe pomysły i formy, niekoniecznie tak duże, jak Pożar w Burdelu. Postawimy na monodramy, koncerty, stand up, recitale, małoobsadowe sztuki, teatr lalek, z którymi chcemy dotrzeć nie tylko do naszej stałej, inteligenckiej widowni. Chcielibyśmy się osadzić lokalnie, zaprzyjaźnić z okolicą, dlatego jedną z naszych pierwszych imprez były warsztaty dla dzieci z Pragi przygotowane przez współpracującą z nami ekipę cyrkową z Julinka.

Point of Design: Oj, pachnie trochę „lansikiem na Pragę”. Jakoś trudno uwierzyć w to wasze bratanie się z ludem.

Maciej „Max” Łubieński: Nie twierdzimy, że na nasze spektakle zaczną walić drzwiami i oknami „ludzie z robotniczej Pragi”, zresztą „Chłodna” też nie była mekką mieszkańców Woli. Nie da się ukryć, że od początku byliśmy trochę hipstersko-snobistyczni.

Michał Walczak: Co nie znaczy, że musimy się odwracać plecami od miejsca, w którym jesteśmy. Jeśli – mówiąc umownie – „mainstreamowa” lewobrzeżna Warszawa zacznie przyjeżdżać do nas na prawy brzeg, to może okolice placu Hallera też na tym zyskają. Zresztą, na Pradze mieszka wielu ciekawych intelektualistów, jak Jan Sowa czy Jakub Majmurek. Takich ludzi chcielibyśmy włączać do naszych różnych działań.

Maciej „Max” Łubieński: Nieprzypadkowo nazwaliśmy to miejsce „kluboteatrem”. Element klubu ma być bardzo ważny.

Michał Walczak: W Warszawie zdecydowanie brakuje niezależnego miejsca, w którym można wypić kawę, poczytać gazetę, spotkać się, a wieczorem przeżyć wydarzenia teatralne czy muzyczne.

Point of Design: Najnowszy odcinek Pożaru… zatytułowaliście Dzika strona Wisły, tak samo jak nazywa się wasz nowy lokal.

Michał Walczak: To aluzja do marzenia o połączeniu wielkomiejskości i dzikości, sen o wyzwolonym, niecywilizowanym mieście. Praga świetnie nadaje się na scenerię takiego snu i warto sprawdzić, na ile uda się go zrealizować, a na ile to mrzonka.

Point of Design: Rozumiemy więc, że z dużych spektakli Pożaru w Burdelu nie rezygnujecie?

Michał Walczak: Oczywiście, że nie. Nadal będziemy je grać w różnych ciekawych miejscach, takich jak Teatr WARSawy, Teatr Polski czy Muzeum Historii Żydów Polskich.

Point of Design: A nie boicie się, że formuła się wyczerpie? Że Pożar… się kiedyś kapryśnym warszawiakom znudzi?

Michał Walczak: Może się znudzić i to nie tylko publiczności, ale także nam. Ale o ile znudzić się może jakiś konkretny format, o tyle zapotrzebowanie na inteligencko-rozrywkową formę komentarza do rzeczywistości będzie chyba jednak zawsze.

Point of Design: Dostaliście propozycje współpracy z telewizją?

Michał Walczak: Zdarzało się, ale nie było pomysłu na to, jak to, co robimy, przenieść na mały ekran. Myślę, że przy obecnym kształcie polskich stacji telewizyjnych takiej formuły w ogóle nie da się znaleźć. To, co robimy, wymyka się znanym u nas formatom. Prędzej zrobimy film.

Point of Design: No właśnie, co właściwie robicie? Nie jesteście ani klasycznym kabaretem, ani teatrem…

Michał Walczak: Mieszamy formuły znane polskim widzom, kabaret, teatr, stand up, musical, korzystając z tego, że Pożar w Burdelu to totalnie autorska formuła.

Point of Design: To pomieszanie stylów jakoś oddaje ducha współczesnej Warszawy, która też jest mieszanką – zarówno społeczną, jak i architektoniczną.

Maciej „Max” Łubieński: Coś w tym jest. Ja kiedyś Warszawy nie lubiłem, a dziś jestem uważany za varsavianistę. Kiedyś widziałem w niej ohydne, nieuporządkowane miasto, a dzisiaj ją kocham – zresztą dzięki Michałowi. Bo Michał, oprócz odwagi, nauczył mnie też miłości! (śmiech). To z tej miłości narodził się pomysł spersonifikowania budynków symboli Warszawy.

Michał Walczak: Pochodzimy z różnych miast, pracowaliśmy w różnych teatrach, jesteśmy wiec jakoś do siebie niedopasowani. To niedopasowanie jest bardzo twórcze, dzięki niemu składając puzzle Pożaru…, dość zręcznie skaczemy po współczesnej mapie klasowej i mozaice postaci. Odwołania do architektury bardzo nam w tym pomagają. Na przykład Wilanów i apartamentowiec na zamkniętym osiedlu w cieniu Świątyni Opatrzności od razu logują widza w rzeczywistość klasy średniej, wraz ze wszystkimi napięciami, jakie jej członkowie przeżywają.

Point of Design: Wasza publiczność też jest coraz bardziej wymieszana. Na sali są starzy fani jeszcze z Chłodnej, ale obok może na przykład siedzieć dyrektor z warszawskiego Mordoru. Czy taki skład sprawia, że musicie mówić innym językiem?

Maciej „Max” Łubieński: Raczej nie. Ale może to błąd? Czasem myślę, że przyjemnie byłoby wejść w publikę i z nią porozmawiać. To jest sytuacja klubu piłkarskiego – kibice dopingują zawodników, ale piłkarze potrzebują też kontaktu z fanami. Mam nadzieję, że w naszym nowym klubie łatwiej będzie o taki bezpośredni kontakt.

Michał Walczak: Też mam taką nadzieję, uważam, że uaktywnienie widowni dobrze nam zrobi. Marzy mi się taki intelektualny crowdsourcing.

Point of Design: Dość ostro śmiejecie się z polityków. Nie boicie się, że zrazicie tym część widzów?

Maciej „Max” Łubieński: Staramy się unikać zbyt prostych rozwiązań. Nie wyśmiewamy się na przykład z prezesa, pójście w tym kierunku byłoby zbyt łatwe.

Michał Walczak: Politykę pokazujemy od mniej oczywistej strony. W odcinku Dzika strona Wisły nasi artyści uciekają przed rzeczywistością, która się rozgrywa na lewym brzegu Wisły, żyją w utopijnej praskiej komunie, gdzie uprawiają bazylię i rukolę, a rano wolną miłość na plaży nad Wisłą.

Point of Design: Aż chce się uciekać ze strzeżonego osiedla na Wilanowie. Jeszcze kilka takich skeczy, a plac Hallera stanie się najmodniejszym hipsterskim miejscem w Warszawie. Tym bardziej że Zbawix podobno przestaje być modny.

Maciej „Max” Łubieński: OK, w takim razie musimy zacząć tu budować czarną tęczę!

zdjęcia: Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Źródło: pointofdesign.pl
Pin It

Zobacz także

« »